Patrząc na scenę polityczną trudno nie oprzeć się wrażeniu, że rządzi się ona pewnymi stałymi regułami. O ile koło fortuny przynosi nam coraz to nowe nazwiska polityków, zmieniają się nazwy partii i okoliczności przyrody, to nie zmienia się styl i forma sprawowania rządów oraz manifestacja poglądów. Czym bowiem różni się zjadliwość Kaczyńskiego czy Gosiewskiego od Palikota czy Sikorskiego? Co doprowadziło tych ludzi na szczyty władzy skoro nikomu nie podobają się ich zachowania? Co więcej, bazując na 20 letnim doświadczaniu demokracji, możemy mieć pewność, że pomimo nawoływań z ekranu TV o zmianę tych zachowań nic nie zmieni się ani przed tymi wyborami, ani przed żadnymi następnymi.
Przyczyn tego zjawiska należy szukać w systemie, który wyniósł naszą elitę polityczną na szczyt.
1. Większość ludzi nie jest zainteresowana rządzeniem i chętnie pozbędzie się tego nieprzyjemnego obowiązku na rzecz jakiegoś reprezentanta. Demokracja otwiera tu przed nami wspaniałe możliwości wyboru takiej osoby przez głosowanie.
2. Nie jest jednak możliwe, aby 40 milionów obywateli było reprezentowane w Sejmie w sposób zapewniający zadowolenie każdego wyborcy (rozumiane jako 100% zgodność z jego indywidualnymi potrzebami i poglądami). Dodajmy do tego uroczą cechę Polaków która powoduje, że gdzie zbierze się ich 10 tam powstanie 11 pomysłów (wbrew pozorom nie jest to cecha szkodliwa, a wręcz przeciwnie – wrócę do tego wątku w przyszłości) a pojawi się niezły orzech do zgryzienia.
3. Z punktu widzenia osoby chcącej zdobyć jak najszersze poparcie społeczne należy więc znaleźć nie kwestię co do której panuje jak największa zgoda, ale znaleźć jak największą grupę wśród której panuje zgoda co do pewnych tematów. Uzyskamy wtedy możliwość pokierowania taką grupą.
4. Jeśli grupy takiej nie uda się określić, to znaczy jeśli ona nie istnieje, to należy ją stworzyć. Musi to być grupa która bez skrupułów narzuci, jak to w demokracji bywa, swoje poglądy pozostałej części społeczeństwa.
5.Zasady selekcji takiej grupy będą następujące (i niestety całkowicie negatywne z moralnego punktu widzenia):
a) Po pierwsze – nie możemy do grupy tej rekrutować ludzi z wyższym wykształceniem oraz inteligencji. Im bowiem wyższe IQ tym bardziej różnicują się poglądy i upodobania, i tym mniej jest prawdopodobne, że ludzie tacy zaakceptują jakąś jedną określoną hierarchię wartości. Musimy więc szukać odwołując się do niższych pobudek i odruchów. Nie znaczy to, że wszyscy ludzie są źli. Znaczy to, że najliczniejszą grupę o bardzo podobnych wartościach stanowią jednostki o niskich standardach, niskim wykształceniu i IQ. Nazwijmy je masą, baranami, etc. Co więcej musi to być grupa która nie zawaha się przed narzuceniem swoich poglądów pozostałym członkom społeczeństwa.
b) Po drugie – grupa wyodrębniona w fazie pierwszej może okazać się zbyt mała, żeby przechylić w demokratycznych wyborach szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Dlatego musimy rozejrzeć się za tymi, którzy nie mają własnych zdecydowanych przekonań, ale skłonni są przyjąć gotowy system wartości, jeśli tylko wbija się im to do głowy wystarczająco często i dobitnie. Wszyscy ci którzy ulegają emocjom i namiętnościom (ratujmy stocznie! ratujmy pielęgniarki! ratujmy gejów!) będą w naszej grupie mile widziani (jak już zdobędziemy władzę, to media pomogą nam ten proces podtrzymywać – „kapanie na mózg” jest nieodłącznym elementem każdej doktryny politycznej).
c) Po trzecie – należy pamiętać, że naszą grupę szybciej i mocniej scementuje program negatywny niż wysuwanie pozytywnych postulatów i snucie pozytywnych planów podczas kampanii wyborczej. Ludzie szybciej zgodzą się na program negatywny niż jakiekolwiek pozytywne przedsięwzięcie jeśli tylko umiejętnie określimy wspólnego wroga. Wydaje się to prawem natury ludzkiej. Opozycja „my” i „oni”, wspólna walka z tymi na zewnątrz grupy, jest istotnym składnikiem każdej doktryny, która ma za zadanie mocno związać grupę w celu wspólnego działania.
Nie trzeba być Einsteinem, żeby zauważyć, że selekcję taką z premedytacją mogą przeprowadzić jedynie jednostki o niskim morale i silnej motywacji do zdobycia władzy bez względu na koszty. Co więcej, w zespole który będzie ich bezpośrednio otaczał i popierał muszą znaleźć się jednostki nie wahające się opluć przeciwnika, podstawić mu nogę czy podłożyć świnię. Cel uświęca środki. Jako początkujący dyktatorzy powinniśmy więc otaczać się personelem o niezbyt wysokim IQ, niekoniecznie kompetentnym za to zdolnym do pełnego poświęcenia dla naszej sprawy.
Jeśli pracujecie w dużych korporacjach to na pewno zauważyliście ten proces we własnym otoczeniu. Szefami zostają często osoby o trzeciorzędnym przygotowaniu merytorycznym natomiast morale na tyle niskim, żeby z jednej strony zapewnić pełną lojalność (donosy do zwierzchników), a z drugiej bezwzględność w kierowaniu zespołem. Tylko taki układ daje szansę przetrwać dużemu przedsiębiorstwu.
Jak bardzo więc gadające głowy w TV nie będą zaklinały rzeczywistości czekają nas kolejne kampanie ziejące nienawiścią do przeciwników. Fakt, że 95% z nas deklarowała się jeszcze niedawno jako katolicy, wydaje się nie mieć tu żadnego znaczenia. 10 przykazań nie działa poza murami kościoła. A na pewno nie podczas wyborów.